W związku z tym, że mój szeltik zna
nasze osiedle jak własną kieszeń, postanowiłam urozmaicić mu
tereny i zabrałam na spacer do parku. Dojazd autobusem w oczywiście
znienawidzonym przez Artisa kagańcu. Odnoszę wrażenie, że
Warszawa jest pod tym względem bardziej tolerancyjna, bo tam
„dostawałam” od pasażerów, że pies jeździ w kagańcu, że go
męczę. A u mnie kierowcy zazwyczaj się czepiali i myślę, że
nawet chętnie by mnie wysadzili. Ale nieważne. Perspektywa
spędzenia popołudnia nad fontanną w zielonym parku była bardzo
przyjemna. Zaopatrzona w książkę, psie smaczki i psi pakiet
dotarłam na miejsce i trochę się rozczarowałam. Nie chcę robić
antyreklamy mojego miasteczka, bo wrony już skutecznie się o to
postarały. Poza tym przyzwyczajona do obrazów warszawskich piesków
szczęśliwie biegających po Polach Mokotowskich (i nie tylko) i
pływających w tamtejszej fontannie, w porównaniu z możliwościami jakie miałam, niestety nie mogłam
zapewnić Artisowi takiej rozrywki jaką chciałam, żeby miał. Jednak moje szetlandzkie
szczęście nie miało mi tego za złe i doceniło te wszystkie chęci
i starania. Art wskoczył na ławkę i siedząc obok swojej pańci zagłębionej w
literaturze amerykańskiej, obserwował swoimi
szetlandzkimi oczkami z szetlandzkim uśmiechem na pysiu nowe tereny skąpane w letnim słońcu. Bo psie
przysłowie mówi przecież „Wszędzie dobrze, ale z pańcią
najlepiej”.


