piątek, 10 sierpnia 2012

Spacer w parku

W związku z tym, że mój szeltik zna nasze osiedle jak własną kieszeń, postanowiłam urozmaicić mu tereny i zabrałam na spacer do parku. Dojazd autobusem w oczywiście znienawidzonym przez Artisa kagańcu. Odnoszę wrażenie, że Warszawa jest pod tym względem bardziej tolerancyjna, bo tam „dostawałam” od pasażerów, że pies jeździ w kagańcu, że go męczę. A u mnie kierowcy zazwyczaj się czepiali i myślę, że nawet chętnie by mnie wysadzili. Ale nieważne. Perspektywa spędzenia popołudnia nad fontanną w zielonym parku była bardzo przyjemna. Zaopatrzona w książkę, psie smaczki i psi pakiet dotarłam na miejsce i trochę się rozczarowałam. Nie chcę robić antyreklamy mojego miasteczka, bo wrony już skutecznie się o to postarały. Poza tym przyzwyczajona do obrazów warszawskich piesków szczęśliwie biegających po Polach Mokotowskich (i nie tylko) i pływających w tamtejszej fontannie, w porównaniu  z możliwościami jakie miałam, niestety nie mogłam zapewnić Artisowi takiej rozrywki jaką chciałam, żeby miał. Jednak moje szetlandzkie szczęście nie miało mi tego za złe i doceniło te wszystkie chęci i starania. Art wskoczył na ławkę i siedząc obok swojej pańci zagłębionej w literaturze amerykańskiej, obserwował swoimi szetlandzkimi oczkami z szetlandzkim uśmiechem na pysiu nowe tereny skąpane w letnim słońcu. Bo psie przysłowie mówi przecież „Wszędzie dobrze, ale z pańcią najlepiej”.